Menu

KFK

kilka słów do kawy

Dzień w pracy I

lindeczek

Dzień w pracy
Autor: Mariusz Łokietek



    Szedł szybko, równym miarowym krokiem. Wiedział, że za każdym rogiem może czaić się wróg, dlatego rozglądał się uważnie. To był pierwszy raz od wybuchu pandemii, kiedy przyjechał do tego miasta. Tym razem ze swojego domku na wsi. To miasto zawsze było mało bezpieczne. Dlatego tym bardziej zwiększał czujność, mijając każdą bramę. Dostał wiadomość, że ten rejon jest pełen Zainfekowanych, których to miał za zadanie wyeliminować możliwie najwięcej jeszcze dzisiejszej nocy. Zainfekowani mieli swoją główną siedzibę w zamkniętej już szkole. Niewiele w tym informacji, ale będzie mu to musiało wystarczyć. Od kilku miesięcy pracował jako snajper. Ale jego i jemu podobnych nazywano Terminatorami, a czasem nawet Zabójcami. Jego zdaniem natomiast taka właśnie była konieczność i sposób na zarabianie na życie. Jak to mawiał: „Całkiem dobry sposób na zarabianie na życie, choć równie niebezpieczny jak czasy w jakich żyjemy”
    Dzielnica, którą szedł Gshat była kiedyś piękną i jedną z najstarszych w mieście. Pełną wspaniałych kamienic, które dziś w świetle księżyca, wyglądały wręcz strasznie. Zdarzało się, że przy silnym wietrze spadały z nich cegły albo dachówki. Jakieś dwadzieścia lat temu sam mieszkał w tej dzielnicy i to dlatego przyjął to zlecenie. Znał to miasto. Chwilami spoglądał na boki na opuszczone domy z pootwieranymi oknami, z których zwisały zasłony i firanki. Na chodnikach i na ulicy co kilkanaście metrów leżały zwały krzeseł, szaf, stołów, a także samochodów w najróżniejszych pozycjach. Pełniły funkcję zasiek przed wojskiem, które oczyszczało te tereny z Zainfekowanych, bo niestety właśnie w tej dzielnicy rozpoczęła swą pandemię inwazja obcych. Żołnierze wówczas oczyszczając te tereny nie wiedzieli, że strzelają do ludzi, którzy byli  w pełni świadomi tego co się z nimi działo, ale reagowali jak żywe trupy, bo to obcy panowali nad ich ciałami, to właśnie byli Zainfekowani. Początkowo myślano, że to rodzaj jakiejś choroby, ale jak się później okazało to obcy sterowali tymi ludźmi. Gshat zawsze się śmiał  z tego, że to właśnie dzięki jednemu ćpunowi z tej dzielnicy poznano ten proces i ogólną zasadę działania obcych. Niestety tylko pobieżnie, bo technologia jaką dysponowali obcy była odległa o lata świetlne od tej dostępnej dla ziemian. Jemu jednak wystarczała wiedza, że to obcy kierowali Zainfekowanymi i, że zabijając ich ratuje pozostałych ludzi. Własne sumienie uspokajał niewielką nadzieją, że może właśnie w ten sposób uwalnia tych ludzi, którzy i tak byli już skazani na śmierć. Zainfekowani bowiem nawet po opuszczeniu przez obcego umierali. Jakby ich ktoś nagle wyłączał, jak jakąś maszynę.

  Gshat był już bardzo blisko i przykucnął za rogiem budynk, za którym, jakieś dwieście metrów dalej na lewo był budynek szkoły, czyli Bazy Zainfekowanych. Wiedział, że od tego miejsca w każdej chwili mogą go zaatakować straże jakie rozstawiali w okolicy. Przystawił do oka lunetę karabinu i ostrożnie wychylił się z zza budynku. Zobaczył dwóch strażników łażących niedbale po dachu szkoły. „To za mało, musi ich tu być jeszcze kilku na dole i pewnie jeden, albo dwóch czuwa na dachu. Reszta natomiast pewnie śpi w środku.” – pomyślał. Większość myśliwych poszłaby w grupie i w takiej sytuacji rozstawieni byliby dookoła na dachach, jednak Gshat doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak wielkim byłoby to błędem. Dachy tych budynków są wręcz niebezpiecznie stare i trudno jest się po nich poruszać, a jako nieruchome cele każdy z takich strzelców byłby jak kaczka podana na tacy. Gshat natomiast był na ziemi i co ważniejsze mógł się swobodnie kryć. Mógł się przemieszczać i przy takiej odległości to on miał przewagę. Ułożył się spokojnie na ziemi, włączył wzmacniacze dźwięku które miał na uszach i zaczął przymierzać się do strzału. Wystrzelił. Jeden ze strażników padł na dach znikając mu z pola widzenia. Ułamek sekundy później padł drugi i Gshat tym razem nawet widział, że tamten dostał prosto w głowę. Drugi strzał został wykonany przez innego strzelca. Strzelca, który musiał być po drugiej stronie ulicy, najprawdopodobniej gdzieś w oknie albo na dachu. Gshat uważnie przyglądał się temu co widział w lunecie. Od tego zależało jego życie.
    Zobaczył poruszenie na dachu. Zza sterty worków i stołów po prawej stronie wychyliły się dwie głowy i od razu zniknęły. Po lewej natomiast powoli zza podobnej sterty wychyliła się powoli jeszcze jedna, ale jak tylko było widać całe czoło, głowa odskoczyła do tyłu pchnięta kolejnym strzałem. Gshat zdążył tylko pomyśleć, że to czoło dziwnie jasno świeci w tym słabym świetle i wyglądało zupełnie jak drugi księżyc. Zaraz za głową bezwładnie poleciały ręce i równie szybko zniknęły. „To już drugi koleżko i pewnie na tym skończysz.” – pomyślał na temat drugiego strzelca.
Wzmacniacze w uszach działały perfekcyjnie. Gshat usłyszał ten strzał całkiem wyraźnie pomimo tłumika i tego, że padł ponad trzysta metrów dalej. Teraz już wiedział na pewno, że drugi strzelec był jakieś dwie przecznice za nim i z całą pewnością na dachu.
Po ostatnim strzale drugiego strzelca Gshat zauważył i usłyszał rumor dochodzący od strony szkoły. Wiedział, że jak zwykle teraz Zainfekowani ruszą w ich stronę. Był na to gotowy. Miał jeszcze dziewięć sztuk amunicji w magazynku i dziesięć zapasowych magazynków w górnej kieszeni kurtki. Jeden z nich już wyjął lewą ręką w prawej cały czas trzymając karabin i obserwując w lunecie wszystko co działo się przed budynkiem szkoły. Zza zwałowisk mebli i samochodów zaczynali wybiegać Zainfekowani. Rozpoczęło się strzelanie. Z dziewięciu naboi z magazynka zmarnował jeden. Przeładował i strzelał dalej. Wiedział, że zaraz przestaną nacierać. I za kilka minut będzie ich pełno w tym rejonie. Działali jakby byli zespoleni i kiedy już któryś z nich zlokalizował napastnika reszta przestawała bezpośrednich ataków na oślep. Widział, że drugi strzelec ustrzelił sześciu z biegnących i był pod prawdziwym wrażeniem. Jemu zajęło wiele lat nauczyć się strzelać z taką skutecznością i nikt nie był w stanie mu dorównać. To dlatego jego usługi były takie drogie. Kosztował jak dziesięcioosobowa grupa, ale jego skuteczność przerastała taką grupę ponad dwukrotnie. To dlatego miał pełno zleceń i wybierał tylko takie, które były dla niego najkorzystniejsze. Zestrzelił jeszcze siedmiu po przeładowaniu broni i nagle cały ruch ustał. Zainfekowani momentalnie pochowali się wśród zwałowiska.
    Gshat ostrożnie wstał. Idąc przykucnięty cofnął się do bramy po drugiej stronie ulicy. Przebiegł podwórze i wskoczył do trzeciej kamienicy z lewej. Ostatniej na tym podwórku. Wszedł na górę już spokojnym krokiem uspokajając jednocześnie oddech i wsłuchując się w dźwięki z otoczenia. Niewiele słyszał, bo był prawie na strychu i z zewnątrz mało jaki dźwięk dochodził, ale wiedział, że Zainfekowani z całą pewnością już są na jego tropie. „Całe szczęście, że znam te kamienice” – pomyślał Gshat i wchodząc na strych odruchowo skręcił w prawo. Znał przejście, które pozwalało mu znaleźć się za kilka minut w budynku po drugiej stronie ulicy musiał tylko przejść strychem i zejść na dół do piwnicy. Tam znajdowało się przejście do kamienicy z drugiej strony ulicy, z którego korzystali jeszcze partyzanci za czasów drugiej wojny światowej. Pamiętał, że było tam okno idealne na pozycję strzelecką. Kiedy już był w piwnicy, otworzył stalowe drzwi i wszedł do klatki schodowej o stromych schodach, prowadzących do sieci podziemnych schronów.

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • cholina

    to Ci dopiero pomysł na prace...nie zazdroszcze.....czekam na c.d. :-)

© KFK
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci