Menu

KFK

kilka słów do kawy

Dzień w pracy II

lindeczek

    Oto rozdział drugi opowiadania "Dzień w pracy", którego rozdział pierwszy znajdziesz - tutaj


    Kiedy już Gshat otworzył drzwi do schronu zobaczył, że świeci się w nim światło. Wydało mu się to dziwne ale, że ze środka nie dochodził żaden dźwięk postanowił iść dalej. Światło pozwoliło mu posuwać się znacznie szybciej niż gdyby szedł z noktowizorem na głowie, którego zresztą nie lubił używać. Przebiegł szybko na drugą stronę otworzył drugie drzwi i był już pod kamienicą do której biegł. Uważnie
nasłuchując
wszedł spokojnym krokiem na górę. Kiedy już wchodził na strych usłyszał rumor jaki dochodził z ulicy. Podszedł do okna, ustawił się w odpowiedniej pozycji i spojrzał w okular lunety. Dostrzegł, że wszyscy Zainfekowani biegli w stronę drugiego strzelca. Przebiegali bezpośrednio pod jego oknem. Postanowił, że najpierw zabezpieczy nieznajomego, bo wyglądało to dość nieciekawie, ponieważ drugi strzelec całkowicie sobie nie radził, albo już zaczął uciekać. Przymierzył się i zaczął strzelać. Dopiero przy czwartym magazynku udało mu się oczyścić ulicę na tyle, że już strzelał do nadbiegających od strony szkoły. Pole pod wejściem do kamienicy w której się znajdował było czyste na odległość ponad stu metrów. Był to ważny element w jego planie. Kamienica posiadała tylko dwa wejścia. Jednym była brama, drugim wejście ze schronu. Jedno sam zamknął za sobą, a drugie widział całkiem dobrze poniżej. Będąc w tym miejscu mógł swobodnie zająć się wypełnianiem zadania. Wiedział, że może mu to zająć nawet kilka godzin, ale to była już tylko kwestia czasu. Nagle usłyszał w słuchawce dźwięki dochodzące z klatki schodowej poniżej. Ktoś najwyraźniej biegł wewnątrz klatki w jego kierunku. Musiał być przygotowany na przywitanie przybysza. Wystrzelał wszystkie naboje z magazynku i oczyścił ulicę na kolejnych kilkadziesiąt metrów. Zapał Zainfekowanych malał. Nadbiegało ich już coraz mniej. Kiedy już miał pewność, że przybysz biegnący poniżej zaczyna wchodzić po schodach do jego kryjówki. Przeskoczył za najbliższy komin. Przycupnął za nim i czekał. Przybysz wpadł na strych i rzucił broń pod okno przy którym Gshat przed chwilą strzelał do intruzów. Gshat wiedział już, że przybyszem jest drugi strzelec, który najwidoczniej też doskonale znał okolicę. Zdecydowanie był to strzelec wyborowy, używał SWD Dragunova, co świadczyło o tym, że jest to wyszkolony snajper. Gshat był ciekaw tego osobnika, więc postanowił zostać jeszcze jakąś chwilę w ukryciu i przyglądać się jego działaniom.
    Strzelec kucnął przy oknie i przyłożył broń do ramienia. Świadczyło to o tym, że nie zauważył wcześniej oczyszczonego przez Gshata pola przed budynkiem. Snajper pozostał jednak w tej pozycji wyszukując celu. Padł pierwszy strzał… drugi, trzeci. Kiedy strzelec po raz czwarty nacisnął spust Gshat usłyszał tylko przeskok zamka. Magazynek w karabinie drugiego strzelca był pusty. Teraz już Gshat wiedział, że jednak zbyt pochopnie ocenił go jako strzelca wyborowego. Za taki błąd popełniony w innych okolicznościach oboje mogliby zapłacić życiem. Każdy snajper doskonale wiedział ile pozostało mu pocisków w magazynku i ile ma ich w zapasie. Strzelec natomiast spokojnie odstawił broń i zabrał się za przeładowanie. Jak się okazało, musiał załadować magazynek nabojami z kieszeni. „Odważny dureń” – pomyślał Gshat i zaśmiał się w myślach i wyszedł powoli zza komina. Cichuteńko obszedł nieudolnego snajpera łukiem tak, aby mieć widok na sytuację za oknem. Stał zaledwie metr za plecami swojego sprzymierzeńca,  który spokojnie uzupełniał magazynek. Gshat odchylił wyświetlacz swojej lunety, który jak się coraz częściej okazywało jednak był przydatny, choć wcześniej szkoda było mu wydawać pieniądze na dodatkowy element. Spojrzał na ekran wyświetlacza i zobaczył, że znów Zainfekowani zaczynają podbiegać pod klatkę. Musiał zacząć działać od razu. Stuknął lufą drugiego strzelca.
- Przesuń się. – rzucił krótko i podskoczył do okna w tym samym momencie zamykając wyświetlacz lunety. Przymierzył się i zaczął strzelać. Dobrą chwilę zajęło mu zanim znów oczyścił ulicę z Zainfekowanych na kilkadziesiąt metrów od bramy kamienicy. W trakcie zauważył, że drugi strzelec położył się obok i wspomagał go w miarę możliwości. Jednak kiedy Gshat musiał przeładować po raz trzeci pomoc ta była już zbędna. Zainfekowanych było coraz mniej i starali się być ostrożni. Przestali biec grupą i pojedynczo przemykali chowając się za dowolnymi osłonami. Robili to bardzo nieudolnie, bo nie wiedzieli skąd padają strzały. Właśnie takiej sytuacji spodziewał się Gshat. Kiedy już zastrzelił kolejną dziesiątkę intruzów nie widział żadnego ruchu na ulicy w odległości ponad dwustu metrów. Dopiero wtedy odłożył broń i usiadł. Spojrzał na drugiego strzelca, który usiadł naprzeciwko i zobaczył, że jest nim kobieta.
- Dobry jesteś – powiedziała i od razu zapytała – Kto cię przysłał, bo na pewno nie przyszedłeś tu sam?
- Przysłali mnie ocalali, bo zaczęło im przeszkadzać to gniazdo Zainfekowanych –  odpowiedział Gshat – Za to ty powiedz mi skąd masz taką broń i jak się tu znalazłaś? – od razu zapytał towarzyszkę.
- Co ciebie to interesuje skąd mam karabin i co tu robię? Nikt się mną nie interesuje, więc po co ci to wiedzieć? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Ok, źle zacząłem, powinienem się przedstawić. Mówią na mnie Gshat i proszę niech ci to wystarczy, a na ciebie jak mówią? – spokojnie odparł Gshat stawiając swój karabin na stojaku. Odchylił zasłonę wyświetlacza i ustawił broń w taki sposób, żeby widzieć w wyświetlaczu ulicę w odległości trochę ponad stu metrów od kamienicy.
- Hmm… - mruknęła pod nosem spoglądając na Gshata spod przymrużonych oczu i po chwili powiedziała – Nazywam się Ewa, a mówią na mnie Puma i dziękuję za pomoc, ale poradziłabym sobie sama. Karabin znalazłam, a pytanie „Jak się tu znalazłeś?” to ja powinnam zadać, bo to jest mój rejon.

...c.d.n.

© KFK
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci