Menu

KFK

kilka słów do kawy

Legalność w sieci, czyli Stonoga a Netflix

lindeczek

 

Legalność w sieci, czyli Stonoga a Netflix (opowieść prawie fikcyjna)Mówiąc jaśniej temat legalności w sieci jest chyba jedynym co może łączyć działania Pana Zbigniewa Stonogi z wejściem na nasz rynek firmy Netflix. Zaznaczam to na samym początku, że są to tylko mojej frywolnej wyobraźni rozważania. Takie domysły wyobrażone, wręcz hipotetyczne. Połączone zależności, które wcale nie muszą się ze sobą łączyć. Tak trochę, jak w tej klauzulce: „Wszystkie wydarzenia i postaci przedstawione w tym opowiadaniu są fikcyjne. Wszelkie podobieństwa do rzeczywistości są przypadkowe i niezamierzone.” Którą kiedyś, za starej „nomeklatury” można było usłyszeć co roku w szopce noworocznej. Ja jeszcze pamiętam, że bywało w kabaretach, ale to stare czasy. Z tą różnicą, że w przypadku mojego opowiadania postacie, są realne, ale wydarzenia już nie wszystkie, nawet te niewypowiedziane. To fikcja zapewne, bo mi samemu trudno byłoby dać wiarę w taki rozwój wypadków.

Kim jest Pan Zbigniew Stonoga, chyba nie muszę wyjaśniać i jeszcze o nim będzie. Najpierw jednak wyjaśnię, co to jest ten Netflix? Z czym się to je i dlaczego właśnie tak? Netflix, dla tych którzy nie wiedzą (bo na Wikipedii można przeczytać, że jest to: „największa na świecie wypożyczalnia filmów na DVD oraz w sieci) ...i ok to prawda, ale jednocześnie jest też firmą, która w 2014 roku wygenerowała 40% ruchu w sieci internet w Ameryce północnej, a w pierwszym kwartale 2015 roku jej dochód przekroczył 1,5 mld $. Teraz możemy zacząć rozumieć skalę na jaką działają. Jest to firma, która na temat pirackich stron mówi, że „pomagają im „wychować” użytkowników”. Pominę wnioski, jakie mogą płynąć z takiej wypowiedzi, ale pewne jest to, że są na tyle dużą firmą, że planują działanie wejścia na rynek z dużym wyprzedzeniem. Pojawiają się na takim rynku, gdzie użytkownicy nauczyli się już oglądać seriale, bądź filmy w wybranych przez siebie godzinach korzystając z internetu i zasobów katalogu – w tym przypadku ich, czyli Netflixa.
Legalna telewizja internetowaTym bardziej cieszy mnie fakt, że polskie stacje telewizyjne wyszły temu naprzeciw, bo mają szansę zachować swego rodzaju suwerenność w sieci (a i pewien jestem, że zyskają spore dochody).  Jeśli jednak porównać serwisy internetowe polskich stacji telewizyjnych z zawartością i obszernością bazy Netflix , to trochę jakby porównać sklep osiedlowy do hipermarketu.
Netflix już w zeszłym roku zapowiadał, że w Polsce pojawi się do końca tego, czyli 2015 roku. I faktycznie, biorąc pod uwagę ich wypowiedź, można było zauważyć w zeszłym roku wzrost wychowalności użytkowników sieci pod kątem oglądania materiałów wideo. Jeśli można tak eufemistycznie określić wzrost popularności pirackich serwisów. No ale rośnie też liczba Polaków w sieci, co zapewne cieszy każdego, kto publikuje w sieci. Z wolna spada też przyzwyczajenie do oglądania cyklicznych materiałów w telewizorze, a wzrasta oglądanie ich w internecie, gdzie możemy to zrobić w dowolnej chwili. Uczymy się też oglądać z internetu w telewizorach. I takich dokładnie użytkowników najbardziej cenią sobie internetowe bazy filmów i seriali. Takie bazy jak ...właśnie Netflix.

Każdy z pewnością, się zgodzi, że cokolwiek nie powiedzą spece z Netflixa, którym nie mam zamiaru odmawiać słuszności, to pirackie serwisy psują rynek legalnych serwisów. Były już przykłady firm na polskim rynku, które nie wytrzymały konkurencji z piractwem, dotychczas niechętnie, lub nieudolnie zwalczanym przez prokuraturę. Ale mało kogo to obchodziło, bo przecież większość Polaków jest właśnie takiego zdania, że to przecież nic wielkiego, jakaś tam piracka stronka, i uśmiechamy się pod nosem, bo niby żadna krzywda się nikomu nie stała. Ale czy jest tak na pewno? Oczywiście, że nie. To wciąż piractwo, oszustwo i należy z tym walczyć. Nawet skarb państwa może na tym skorzystać, żeby oczyścić ten rynek dla tych, którzy chcą na nim zaistnieć legalnie i płacić podatki. Dlatego właśnie należy uświadamiać polskich użytkowników, co jest dobre, a co złe w internecie. Bo wciąż jesteśmy mało świadomi tego, jakie zagrożenia oprócz dobroci niesie ze sobą sieć internet. Na przykład, rozpowszechnianie zdjęć pobitych zwierząt, lub dzieci czy kogokolwiek oczywiście w dobrym celu, jest jednocześnie pokarmem dla sadystów lubujących się w takich widokach. Lub, że zdjęcia, czy filmy z naszymi dziećmi zamieszczone na jakimś serwisie społecznościowym mogą zostać wykradzione i użyte przez jakichś pedofili. Często właśnie takie zdjęcia wykorzystywane, są przez hackerów podczas tzw ataków Phishing’owych (polowanie na hasła, adresy mailowe, lub wyszukiwanie danych kontaktowych). Takich zależności jest całkiem sporo i potrafią być niebezpieczne, wbrew temu jak bardzo to bagatelizujemy. Jak na przykład podanie czyichś danych osobistych, adresu i numeru telefonu z opisem – „to jest oszust”,Powinniśmy być ostrożni z tym co publikujemy w sieci.sieci nawet jeśli ta osoba nas faktycznie oszukała, nie jest to właściwym posunięciem, jest to niezgodne z prawem (a w przypadku firmy już można, pod warunkiem, że dane te zostały wcześniej przez nią upublicznione). Jasnym jest też zatem, że coś robione w dobrej myśli może okazywać się niekorzystne, albo wręcz groźne dla kogoś, lub dla nas samych, czy też sprzeczne z naszym prawem. Z resztą szybko można odnieść to do dyskusyjnych publikacji i działań jakich podejmuje się Pan Zbigniew Stonoga. ...bo przecież od tego rozpocząłem swoją opowieść. Zatem przyglądając się działaniom Pana Zbigniewa Stonogi (a interesują mnie w tej materii tylko te dotyczące internetu) możemy oceniać w kilku płaszczyznach.
Czy słusznie opublikował akta tej afery? Raczej tak, bo w pewnym stopniu pomogło to przyśpieszyć obrót spraw. Choć to subiektywna ocena, bo jestem zdania, że wszelkie „akta” powinny być jawne celem uniknięcia jakichś krętactw właśnie. Ale cóż, to chyba tylko w idealnym świecie o jakim marzył również Pan Julian Assange (twórca wikileaks.org – tej z wykradzionymi materiałami, która po dziś dzień funkcjonuje). Jednak jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że i ten hacker który stworzył wikileaks, jak i Pan Zbigniew Stonoga zrobili to wbrew prawu, no i cóż.. nie jest to jedyny problem z obecnym prawem. Takie jest moje zdanie i wiem, że wielu ludzi myśli podobnie. Jednak czy słusznie, że zrobił to w takiej formie? Nie, bo mógł zataić, zamazać choćby informacje kontaktowe (jak w niektórych przypadkach robi to wikileaks). Przecież nie każdy ma ochotę, żeby jego numer telefonu, lub adres domowy widniały w ogólno dostępnym miejscu w internecie. Czy ta akcja jest zakrojona na określony cel? Z pewnością, jakikolwiek, by on nie był. ...i tyle, bo cóż tu więcej mówić o tych wybrykach. Całym szczęściem dziś można poprosić wójka Google, żeby na ten przykład „wymazał jakąś tam frazę” na jakiś czas i ...zniknąć z internetów.

Pewnym jest to, że działania Pana Zbigniewa Stonogi są kontrowersyjne i budzą zainteresowanie, choćby przez to, że bezpośrednio wiążą się z tematem, który wstrząsnął naszym krajem i sceną polityczną. Kolejnym pewnikiem jest fakt, że odgrywa w nich sporą rolę zwrot: „legalne”. Co jest, a co nie jest legalne? Co można, a czego nie? To ten wątek przewija się tutaj co chwilę, a mnie głównie interesuje to ogólne zamieszanie ostatnimi czasy w tych kwestiach. Przecież całkiem niedawno kilka ze stron zawierających treści bezprawnie zamieszczone w sieci zostało zamkniętych (takich z filmami i serialami). ...ba można było poczytać czegóż to takiego dorobili się ich właściciele, choćby w tym artykule w Wyborczej. Generalnie całkiem spora sprawa, przecież zniknęło prawie 10 dużych serwisów internetowych, które miały miliony wyświetleń dziennie. Pominę wymienianie ich nazw, ale większość z nas zapewne wie, jakie adresy mam na myśli. Zastanawiającym jest jednak, że sprawa wbrew wszystkiemu przeszła bez większego echa. Domyślam się, że to pewnie dlatego, że polska strefa internetowa pełna jest takich pirackich stron i zniknięcie kilku nie zrobiło, aż tak wielkiej różnicy. Jak może dlatego, że my Polacy jesteśmy mało świadomi tego, co jest, a co nie jest legalne w sieci. Wciąż w dużym stopniu chętnie korzystamy z nielegalnych serwisów mimo wszelakich akcji, które mają na celu uświadomić nas, użytkowników o tym gdzie znaleźć legalne filmy, seriale, muzykę czy książki. Tak, bo są też i polskie strony, gdzie można znaleźć takie materiały legalnie. Choć faktycznie piraci zyskują na tym, że posiadają ogromną bazę danych, często nieosiągalną dla polskich firm... zatem pozostaje czekać na to, aż pojawi się Netflix, lub może to nasze krajowe firmy zaczną się pojawiać na tym rynku?

Netflix, czy jest ok? Poczekamy - zobaczymy.

Cóż jak zawsze ...czas pokaże. Jak sądzicie, czy Netflix pojawi się na naszym rynku, bez względu na to ile będzie pirackich serwisów? Czy pirackie serwisy same znikną, bo przestaniemy ich używać i zamienimy na te licencjonowane? Czy też może musimy wcześniej zrozumieć co dobre, a co złe w tych internetach? Co można w nich robić, a czego nie można? Czy przypadkiem jednym z celów „tej akcji” jest właśnie uświadomienie tego Polakom?

...hmm ale tak jak powiedziałem na początku to nie może być prawdą, to musi być fikcja.

 

 

 

© KFK
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci